Jak to jest, że niektórzy mają piękne, lśniące włosy, a inni codziennie budzą się z trudną do ogarnięcia “szopą”?

Na puszenie się włosów wpływ ma ich porowatość, czyli stopień rozchylenia łuski włosa. Co ciekawe, nie jest ona stała i można na nią wpłynąć odpowiednią pielęgnacją (lub też nieodpowiednią).

Wyróżniamy trzy poziomy porowatości włosów:

  • Włosy niskoporowate – te włosy są najprostsze w utrzymaniu, łuska ładnie przylega, przez co włosy są lśniące, nie plączą się, nie puszą. Tak właściwie ich jedyną wadą jest to, że wszelkie eksperymenty kończą się efektem “niemytych włosów”, czyli posklejaniem i przyklapnięciem u nasady.
  • Włosy średnioporowate – te włosy przy odrobinie uwagi posiadają wszystko co najlepsze z włosów niskoporowatych, bez ich wad, czyli mamy piękną taflę bardzo gęstych włosów. Jednak w ich przypadku bardzo ważne jest zachowanie równowagi PEH (proteiny-emolienty-humektanty), o której jeszcze będziemy pisać.
  • Włosy wysokoporowate – mają najbardziej rozchyloną łuskę, a przez to bardzo często są przesuszone, “piją” olejki jak szalone (można nakładać po kilka razy dziennie, a i tak będą sprawiały wrażenie suchych), łatwo też się niszczą, bo plączą się i puszą. Najczęściej są to włosy rozjaśniane lub ze skłonnością do skrętu. 

W jaki sposób można sprawdzić jaki ma się poziom porowatości?

Z reguły po zapoznaniu się z opisami rodzajów porowatości potrafimy zgadnąć, bo podczas codziennej pielęgnacji widzimy jak zachowują się nasze włosy, ale istnieje prosty test, który zajmie kilka minut.

Test szklanki wody.

Do szklanki z wodą wrzucamy włos. Jeśli szybko idzie na dno, oznacza to, że mamy wysokoporowate włosy (rozchylone łuski wciągnęły wodę). Jeśli włos uporczywie unosi się na powierzchni, oznacza to, że jest niskoporowaty (nie nasiąka). Jeśli trochę zanurza się pod powierzchnią, włosy są średnioporowate.

Bardziej szczegółowo kondycję włosów i skóry głowy (bo jej stan bardzo mocno wpływa na włosy, a często o niej zapominamy przy pielęgnacji)  można zbadać u trychologa.